01.08.2026 Santiago de Chile
Lot jest niespokojny: buja, trzęsie, szarpie wkoło burza i Andy. Jakoś dolatujemy. Jest przed 2. Jest Chile!!! To moja kraina nr 121. Hurra!!! Odprawa prosta. Dają jakąś karteczkę na kształt wizy. Nie da się wypożyczyć samochodu, bo albo pozamykane, albo nie ma aut. Hotel kosztuje 207 usd, a bus do miasta jest o 3. Do miasta jest 20 km. Podbieramy kasę z bankomatu. 1000 peso to 4 zł. Piwa nie kupię bo.od 1 do 9 jest prohibicja. Mielismy spać dziś w Valparaiso nawet nocleg mamy. Ale tam nie dotrzemy. Mierzemy za 25000 taxi i jedziemy do centrum, gdzie ogarnęliśmy hotel za 50000 za noc. Padamy po 3. Spać będziemy tu 2 noce. Wstajemy po 12 i przez parę godzin zwiedzamy to 6 mln miasto. Niewiele w nim ciekawego jest. Same betony. Jest jakaś impreza Boliwijczyków. Sporo ich się kręci po ulicach w narodowych strojach. Tańczą śpiewają graja na trąbach i walą w bębny. Wszystko co ciekawe jest w okolicy Plaza del Armas. Katedra, Ratusz itp. Oglądamy też Pałac Prezydenta , wielką flagę i kilka pomników. W okolicy góry San Cristobal jest kolejka szynowa i linowa oraz imprezowa studencka dzielnica i dom noblisty Pablo Nerudy. Parę km stąd jest najwyższy budynek całej Ameryki Południowej wysoki na 300m Sky Costanera. Nie chcę nam się jednak tam iść. Jest zimno tak 7. Widać ośnieżone stoki Andów. Wchodzimy na Santa Lucia skąd są super widoki na miasto. Jemy rewelacyjne suszaki 60 szt za 20000 pijemy piwko Cusqueña po 1000 za puszkę i idziemy grzać się do hotelu. Jutro Valparaiso. Nie będziemy wypożyczać auta bo do ubescowego Sewell i tak się nie dostaniemy. To opuszczone miasto pogórnicze tak do 15000 ludzi w szczycie które leży na 2200 ok 100 km od Santiago i które można zwiedzać tylko w zorganizowanych grupach z przewodnikiem po 60 usd od os I tylko w czw sb i nd. więc klops.