Podsumowanie jak zwykle podzielę na te same rozdziały:
PRZEJAZDY
W czasie wyjazdu korzystaliśmy z różnych środków transportu:
Samolot – to był środek transportu do i z Ameryki oraz trochę po Ameryce. Lecieliśmy 11 razy:
• Warszawa – Rzym Wizzair
• Rzym – Porto Wizzair
• Porto – Praia Easyjet
• Praia – Recife Air CaboVerde
• Salvador – Brasilia Gol
• Buenos Aires – Santiago de Chile Sky
• Lima – Bogota Avianca
• Bogota – Orlando Avianca
• Orlando – Reykjavik Icelandair
• Reykjavik – Oslo IcelandAir
• Oslo – Warszawa LOT
W sumie ok. 24.000 km. Bilety na 4 pierwsze loty mieliśmy kupione wcześniej łącznie za 6.000 zł za 3 osoby. Pozostałe kupowaliśmy na miejscu, tak na dwa, trzy dni przed wylotem, za wyjątkiem biletów z Limy do Oslo, które kupiliśmy z wyprzedzeniem dwutygodniowym. Pozostałe loty kosztowały nas 10.500 zł, czyli na przeloty zeszło 16.500 zł. Lataliśmy jeszcze nad Nazca, ale to traktuję jako zwiedzanie, a nie jako przejazdy.
Autobus – to był główny środek transportu w Ameryce, poza Urugwajem i Paragwajem. Jechaliśmy w sumie ok. 25 razy prawie zawsze autobusami piętrowymi typu Marco Polo w układzie semi-cama na górze i cama na dole. Czasem na bliższe dystanse w Urugwaju, Peru czy Boliwii autobusy były zwykłe. Parę razy w Argentynie, Urugwaju czy Boliwii jechaliśmy busikami. Jazdy w celu objazdówek nie liczę, bo to zwiedzanie, a nie przejazdy. Łącznie ok. 11.000 km. Za ok. 7500 zł.
Rent a car – wypożyczyliśmy 4 samochody: Fiata Argo w Brasilii, Renault Kwid w Belo Horizonte, VW Gola w Paragwaju i Hyundaya A20 w Urugwaju. W Paragwaju to był nasz podstawowy środek transportu, a w Urugwaju tak pół na pół z autobusem. W sumie samochody wypożyczyliśmy na 9 dni za 1750 zł i przejechaliśmy nimi w sumie z 3000 km. Gol to był kompletny złom, za to Hyunday to była kompletna nówka.
Taksówki, ubery, tuk-tuki i inne prywatne pojazdy – to był podstawowy środek transportu po mieście i na nieduże odległości, z tym że tuk-tuki są tylko w Peru. Ubery w Brazylii działają bardzo dobrze, są tanie i często z nich korzystaliśmy. Uberami jeździliśmy też w innych państwach i też kłopotów nie było. Taksówki braliśmy jak nie było ubera lub zasięgu np. z lotniska w Santiago do miasta, w Boliwii lub w małych miejscowościach. Wieloosobowym taxi pojechaliśmy w Boliwii z Potosi do Sucre, prywatnym taxi pojechaliśmy z argentyńskiego Gualeguaychu do urugwajskiego Fray Bentos oraz w Boliwii z Tiwanaku do Desaguadero. Łącznie ze 400 km za 500 zł. Ponadto mój kolega nas zabrał swoim autem z Orlando do Tampa i z powrotem. To będzie ze 250 km w obie strony.
Autostop – 1 raz od stacji benzynowej przy Gualguaychu do dworca autobusowego w Gualguaychu z 15 km.
Transport rzeczny – 2 razy posłużył nam do dostania się do Argentyny: najpierw z Paragwaju, potem z Urugwaju: z Ciudad del Este do Puerto Iguasu popłynęliśmy parę kilometrów promem za parę złotych oraz z Colonia del Sacramento do Buenos Aires wodolotem ok. 55 km za 450 zł. Poza tym pływaliśmy po Titicaca i po Pacyfiku, ale to zwiedzanie.
Pociąg – korzystaliśmy z pociągu tylko na odcinku między Valparaiso a Vina da Mar i z powrotem, ale bardziej to było metro niż normalny pociąg. Z pociągu do Machu Picchu nie skorzystaliśmy, bo był za drogi, więc praktycznie na tym wyjeździe pociągów nie widzieliśmy, poza metrami i złomowiskiem w Uyuni.
Do tego trzeba doliczyć komunikację miejską w różnym wydaniu: w kilku miastach metro, autobusy miejskie, marszrutki, kolejki gondolowe, kolejki zębate, windy, taksówki, tuk-tuki i inne cudaki, ale tego nie liczę.
Łącznie przebyliśmy ok. 39 tys. km / czyli prawie obwód równika /, w tym ok. 15 tys. km po lądzie i ok. 24 tys. km w powietrzu. Tak to mniej więcej miało wyglądać, choć jak już pisałem wcześniej, nie planowaliśmy, ani samolotu w obrębie Brazylii, ani do Santiago – mieliśmy to zrobić autobusami, a odnośnie powrotu to w życiu nie myślałem, że z Ameryki Południowej do Polski będę wracał przez Islandię. Nie było żadnego zwrotu kierunku natarcia – Lima była przed startem moim najbardziej prawdopodobnym punktem wylotu i tak się też stało
Przejazdy stanowiły główną pozycję naszego budżetu. Zeszło na nie ok. 29 tys. zł.
Drogi generalnie były dobrej jakości, asfaltowe, choć trafiały się odcinki szutrowe lub kompletnie zbędne bumpy, a w Andach wiadome że góry robią swoje, pojazdy też były przyzwoite, choć im kraj biedniejszy, tym i autobus gorszy, mimo że marka ta sama. Maps.me dobrze działało. Transport publiczny bardzo dobrze funkcjonuje zarówno miedzy dużymi miastami jak i do mniejszych miast. Dworce raczej w centrum miast i raczej dla wszystkich przewoźników te same. My w kilku przypadkach braliśmy rent a car, by było szybciej i pewniej, bo jechaliśmy w dziwne miejsca. Ruch na drogach poza miastami mały. W miastach wiadomix – chaos i korki. Sporo kontroli na drogach, ale bez łapówek. Bardzo dobrze działa Uber. Jest tani i punktualny, do jazdy na odległości do 30 km idealny. Pociągi praktycznie nie funkcjonują. Generalnie przejazdy w tych rejonach są raczej autobusowe i tak też czyniliśmy dostosowując się do lokalnych możliwości.
NOCLEGI
W sumie było 59 noclegów: 11 w drodze / 1 na lotnisku, 1 w samolocie, 9 w autobusach / i 48 w hotelach lub pensjonatach wybieranych albo z bookingu, albo z ulicy. Raczej wszędzie było Wi-Fi. Nie mieliśmy e-sim, więc WiFi zawsze na propsie. W kilku hotelach były baseny, ale z nich nie korzystaliśmy, bo albo brudne, albo zimno. Często noclegi były ze śniadaniami mniej lub bardziej smacznymi, czasem wypasione szwedzkie stoły, czasem raczej symboliczna kromka chleba. Pyszne śniadanie były w Brazylii, beznadziejne w Peru.
Najdłużej w jednym miejscu spaliśmy 3 noce / Rio, Montevideo, Cuzco, Lima /, 9 razy spaliśmy 2 noce, pozostałe 18, to 1 noc i dalej w drogę. Generalnie spało się dobrze i były może ze 2 noce, kiedy się nie wyspałem / pierwsza noc w Andach i noc z chorymi oczami /. Ogółem na noclegi zeszło ok. 7 tys. zł. Najlepsze i najdroższe noclegi są w Brazylii, ponadto stosunek jakości do ceny wychodzi tam najlepiej. Troszkę taniej i troszkę gorzej jest w pozostałym Mercosurze. Najtaniej jest w Boliwii, ale jakość jest słaba, no i hotele są nieogrzewane / w pokoju bywało 12 stopni /. Peru ma noclegi tanie i w miarę dobre. Zawsze była ciepła woda. Bez dwóch zdań najlepszy hotel nam się trafił w Brasilii i wcale nie był najdroższy. Rozrzut mieliśmy między 80, a 270 zł za noc, czyli generalnie tanio.
JEDZENIE
Jedliśmy głównie na mieście, co się trafiło. Bardzo dobre jedzenie jest w Brazylii – takie typowo europejskie. Paragwaj ma dobre steki. Sporo jest fasoli. Frytki i ryż do mięsa do standard. Peru to głównie chińczyk. Olbrzymie porcje są w Peru i Boliwii i bardzo tanie. Sami nic nie gotowaliśmy. Jedzenie w Ameryce jest bardzo zróżnicowane i każdy coś dla siebie znajdzie. Peru ma swoje sushi – bardzo dobre. Mało jest słodyczy i warzyw typu pomidor. Z sieciówek nie korzystaliśmy poza McDonaldem, w którym piliśmy kawę i jedliśmy lody. Raz Pola się struła lodami w Paragwaju, ale nie z Mc Donalda. Wodę piliśmy butelkowaną. Nie było większych problemów z kupnem piwa, a jego cena była mocno zróżnicowana w zależności od kraju, tak od 3 do 10 zł za puszkę. Paragwaj ma jedne z lepszych piw jakie piłem w historii W Chile jest nocna prohibicja. W Brazylii pije się bardzo mocno i praktycznie wszędzie.. Kilku jegomości pijących na beczkach na stacji benzynowej to normalka. Generalnie na jedzenie wydaliśmy znacznie mniej niż byśmy wydali w Polsce.
ZDROWIE i BEZPIECZEŃSTWO
Mieliśmy wykupione ubezpieczenie podróżne za ok. 1500 zł na całą naszą trójkę plus dokupiłem specjalne ubezpieczenie na 2 dni pobytu w USA. Na nic nie chorowaliśmy, na nic przed wyjazdem się nie szczepiliśmy, nie braliśmy żadnych leków, nie używaliśmy żadnych ochronnych ciuchów, nie smarowaliśmy się żadnymi kremami, nie mieliśmy żadnych przygód z dzikimi zwierzętami, wężami, komarami, pluskwami, czy karaluchami. W jeziorach, czy rzekach się nie kąpaliśmy. W oceanach byliśmy ze 3 razy, ale tylko zanurzaliśmy nogi do kolan, bo woda była zimna, a fala duża. Po wielkich górach poza Vinicunca nie chodziliśmy. Problem oczywiście mieliśmy po Vinicunca wskutek tego że się nie smarowaliśmy, a ja dodatkowo nie miałem okularów przeciwsłonecznych. To był duży błąd, mając na uwadze świeży śnieg i intensywne słońce. Skóra z twarzy nam schodziła kilka dni. Dodatkowo ja 1 dzień zdychałem na śnieżną ślepotę.
Warunki pogodowe były bardzo zmienne, tak pół na pół chodziłem w krótkich i w długich spodenkach. Raczej nigdy nie było więcej niż +30, ale bywało poniżej 0 i śnieg do łydek. Deszcz padał tak z kilkanaście dni. Jeden dzień w Cuzco naprawdę intensywnie – musieliśmy kupić peleryny. Przez deszcz o jakieś 3h opóźnił nam się wylot z Buenos Aires. W Paragwaju nie dojechaliśmy do celu w górach, bo droga była grząska po opadach, w Urugwaju była gęsta mgła i niewiele widzieliśmy z najwyższego szczytu. Spodziewaliśmy się tego, co nas spotka, więc zaskoczeni nie byliśmy, w końcu byliśmy na południowej półkuli, czyli w zimę.
W Cuzco spotkało nas trzęsienie ziemi, wyczuwalne, ale niegroźne. Pierwszy raz w życiu je czułem. Robi wrażenie. To potężna siła. Skutki widziałem w Nowej Zelandii i na Haiti.
Mieliśmy sporo zdarzeń samochodowych, trochę więcej niż zwykle. A to autobus walnął w inny autobus i rozbił se przednią szybę, a to taxi wymusiło pierwszeństwo i wzywana była policja, a to jakaś pasażerka autobusu miała problem i wzywana była karetka, a to zagotowała nam się woda w chłodnicy w tym złomie Golu. Na szczęście nic nikomu się nie stało.
Te regiony uchodzą raczej za mało bezpieczne, szczególnie Brazylia i Peru. My nie czuliśmy żadnego niebezpieczeństwa, ani w miastach, ani nocą. Ludzi spotykaliśmy przyjaznych. Było co prawda sporo pijanych, bezdomnych i biedoty, ale oni są niegroźni. Po fawelach się nie szwendaliśmy. W knajpach wódki nie piliśmy. Na Maracanie i Bombonierze byłem w koszulce Brazylii, ale na Bombonierze na koszulce miałem polara. Ze trzy razy trafiliśmy na Polaków. Policja nic od nas nie chciała. Raczej wszyscy jeżdżą przepisowo, a ruch poza miastami jest mały. Kasę trzymałem w portfelu w kieszeni i nie miałem z tym żadnego problemu. W Boliwii nie działał nam roaming nie wiem czemu. Poza tym zasięg komórkowy był praktycznie wszędzie, no może z wyjątkiem kilku miejsc w górach i na Atacamie.. W Ameryce Środkowej, północnej części Ameryki Południowej i w dużych miastach Europy Zachodniej jest na pewno znacznie niebezpieczniej.
KASA
Wziąłem 1500 dolarów i 1000 brazylijskich reali - nic nie przywiozłem. Część wymieniłem na lokalną walutę w kantorach lub u cinkciarzy na granicy, część wydałem bezpośrednio, bo w Paragwaju dolary są w równoległym obiegu. Miałem tylko dolary najnowszej wersji.
Każdy z krajów, w których byliśmy ma swoją lokalną walutę, którą można bez problemu podebrać z bankomatu. Jest ich sporo, jedne dają kasę, inne nie dają, jedne dają tak do 500 zł, inne i 1000 zł dadzą, jedne są darmowe, inne z przycinką nawet kilkunastoprocentową. Raz się machnąłem i pobrałem zamiast równowartości 500 zł tylko 50 zł i zapłaciłem 31 zł przycinki. Tu trza się zdać na fart. Coraz częściej płaci się tam kodem QR, lub jakiś lokalnym systemem typu BLIK, kartą raz można, raz nie można. Bardzo dobrze działał Revolut. Za samoloty wiadome płaciliśmy kartą, za noclegi różnie, albo booking pobierał z konta przy rezerwacji, albo płaciło się na miejscu gotówką / w Paragwaju – tylko dolary /. Rent a car nie wymagał międzynarodowego prawa jazdy, ani nie blokował karty. Raz nawet w ogóle nie chciał karty, tylko 200 USD kaucji wzięli w gotówce. Raz zażądali kaucji za pokój na wypadek zbyt późnego checkoutu, ale bez problemu oddali.
Generalnie są to kraje tańsze lub znacznie tańsze od Polski we wszystkich elementach: zwiedzanie, przejazdy, noclegi i jedzenie. Wyjątkiem jest Urugwaj, który nie wiem dlaczego jest tak 1,5 – 2 razy droższy od reszty.
WIZY
Tego bardzo nie lubię, ale znosić dzielnie muszę. Tu łobuzy w Cape Verde nas potraktowali opłatą wjazdową, mimo iż mieliśmy wylot za kilka godzin i nie opuszczaliśmy lotniska. 400 zł w plecy. O łobuzy.
Reszta luz, nikt nic nie chce. Trzeba dbać o pieczątki wyjazdowe i wjazdowe i to wszystko. Trochę się bałem pytań o febrę, bo wisiały plakaty na granicy Brazylii i Paragwaju ale spoko. Na granicy między Boliwią, a Peru z godzinę czekaliśmy na odprawę, reszta na bieżąco. Granicę przekraczaliśmy różnie: z buta, łódką, samochodem, autobusem lub samolotem.
Do USA mieliśmy ESTY, rezerwacje hotelu, bilet wylotowy i dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.
CO ROBILIŚMY
Generalnie, to co zaplanowaliśmy udało się zrealizować z małymi korektami, bo w kilku miejscach w których mieliśmy być nie byliśmy, ale za to w kilku w których nie planowaliśmy być – byliśmy.
Byliśmy w 7 państwach, w których nie znaliśmy wcześniej: Brazylia – 18 dni, Paragwaj – 5 dni, Argentyna – 2+2 = 4 dni, Urugwaj – 3 dni, Chile – 6 dni, Boliwia – 6 dni i Peru 14 dni. Dodatkowo 3 dni podróży zeszły nam w 6 krajach, w których wcześniej byliśmy: Włochy, Portugalia, Zielony Przylądek, USA, Islandia, Norwegia. Ponadto przez 1h byliśmy na lotnisku w Kolumbii, w której wcześniej nie byliśmy, ale tego incydentu jako nowego kraju nie liczę. Łącznie to tworzy 14 państw. Najbardziej podobało nam się w Brazylii i Peru, najmniej w Chile i Urugwaju. Fajna jest Boliwia. W Argentynie i Paragwaju byliśmy za krótko, by oceniać.
W tej chwili byliśmy z Anią w 123 państwach i quasipaństwach, a Pola w 120 / bez Mongolii, Mauretanii i Sahary Zach. /. Tę pasję będziemy kontynuować.
Turystycznie wyjazd podzielił się na 3 etapy: Brazylia, Mercosur i Andy. W Brazylii głównie skupiliśmy się na dużych miastach: Recife, Salvador, Brasilia, Belo Horizonte, Rio, Sao Paulo i Kurytyba, czyli 7 z 9 największych miast kraju / pozostałe to Fortaleza i Manaus / oraz małych miasteczkach – wpisanych na unesco pozostałościach po Portugalczykach lub Holendrach / Olinda, San Cristobal, Goias, Cogonhas, Ouro Preto /, w Mercosurze na tym obszarze co byliśmy poza unesco, stolicami, najwyższymi szczytami, wodospadami Iguasu, zaporą Itaipu i pustynią Atacama niewiele jest. Andy – tam z kolei jest tak dużo, że tego w te 3 tygodnie co byliśmy, zobaczyć wszystkiego się nie da, ale sporo nam się udało: Sayama, Salar de Uyuni, Titicaca, Colca, Złota Dolina, Nazca, Huacachina czy Paracas.
Zwierzaki są tu różne: kondory, kapibary, coati, lwy morskie, liczne mniejsze lub większe ptaszydła, ale przede wszystkim wikunie, lamy i alpaki.
Religijnie te strefy są jednolite: tylko pohiszpańskie lub poportugalskie klasztory i kościoły. Reszta wycięta w pień ku chwale Pana. Panów z Rio jest wiele kopii – każde szanujące się miasto ma swojego Jezusa z Rio.
Raz wybraliśmy się w góry i osiągnęliśmy nasz rekord wysokości czyli 5035 na Vinicunce, Powyżej 2000 byliśmy przez prawie 3 tygodnie. Choroby wysokogórskiej nie mieliśmy, choć po wjeździe z 0 na 4600 nie czułem się najlepiej. W dwóch państwach / Paragwaj i Urugwaj / byłem na najwyższych szczytach / w Paragwaju samotnie, bo Pola miała kłopoty i Ania z nią zawróciła w połowie drogi /, z tym że wejście tam nie wiąże się z żadną akcją górską. Na najwyższy szczyt Boliwii, który widziałem nie wszedłem, bo nie miałem go w planie. Tak czy siak mam zdobyte już 62 szczyty z KGŚ, Ania 51, a Pola 45. Tę pasję będziemy kontynuować.
Byliśmy we wszystkich stolicach nowych państw i w kilkunastu pomniejszych miastach. Piękna jest Brasilia. Piękne jest Buenos Aires. Lima nas rozczarowała. Z dużych miast podobało nam się w Rio de Janeiro / to jedno z piękniejszych dużych miast w jakim byłem /, Cuzco, La Paz i Salvadorze. Z małych miasteczek podobały nam się Ouro Preto, Olinda, Valparaiso i Paracas.
Wiemy kto to Guarani, Inca, Cholita czy favelado.
Odnośnie obiektów z listy Unesco to widzieliśmy ich 33, na około 45, które były w naszym zasięgu, z czego 3 w Argentynie, 3 w Boliwii, 15 w Brazylii, 3 w Chile, 1 w Paragwaju, 3 w Urugwaju, 4 w Peru i transgraniczne inkaskie drogi andyjskie. Wszystkie z małymi wyjątkami / Valongo, ESMA / uważamy za słusznie wpisane. Kilka było naprawdę cudownych / Iguazu, Cuzco, Ouro Preto /, a największym pozytywnym zaskoczeniem była fabryka konserw w Urugwaju. W tej chwili obiektów z listy Unesco widziałem 630. Tę pasję będę kontynuował. 630 to naprawdę dużo. Chyba trochę za bardzo mnie ta pasja pochłonęła….
Nie dotarliśmy do Machu Picchu i to jest pewien minus tej podróży, nie byłem również w Sewell, Diamantinie i wielu innych fajnych miejscach, w których mogłem być. Trza więc żyć dalej i kiedyś tam wrócić.
Generalnie wyjazd kolejny raz nam służył, każde z nas przywiozło więcej lub tyle samo obywatela co wywiozło. Mieliśmy kilka delikatnych zwrotów akcji, ale sobie z nimi poradziliśmy, bo w naszym przypadku celu nie było konkretnego, głównym celem była sama droga Nie mieliśmy większych zamotów, wymian zdań, problemów zdrowotnych, nikt nas nie pobił, nie okradł i nie oszukał. Tempo wyjazdu było jak zwykle ostre, czasami za ostre, ale my takie lubimy i radę dajemy, choć łatwo nie było, ale się nie poddajemy i wiosłujemy dalej, w końcu jesteśmy GENEKTEAM!!!